Czy można się zakochać od pierwszego wejrzenia ?
Ależ można !
W świecie kolekcjonera jest to częste zjawisko i jakże poligamiczne 😉
Zaangażowanie w każdym uczuciu to nie tylko ustawianie, przestawianie i aranżowanie w witrynie, ale również jej poznawanie.
Dziś wprowadzę Was w świat malarzy zewnętrznych i zarazem w ciekawostkę odkrytą podczas szczegółowego przeglądania zdjęć w powiększeniu. Swoją drogą musielibyście widzieć moją minę, którą miałam w drodze do Warszawy na wysokości gdzieś 9 000 metrów nad ziemią. 😉
…ale po kolei.
Hausmalerzy, czyli dosłownie malarze pokojowi to poszukiwacze nie tylko dodatkowego dochodu, ale też artyści poszukujący realizacji swoich talentów w sztuce zdobienia.
Identyfikacja warsztatu nie jest prosta. Ich prace zazwyczaj nie były podpisywane. W literaturze mówi się o cechach charakterystycznych poszczególnych warsztatów, które mogą pozwolić na identyfikację autora zdobienia lub warsztatu, do którego należał. Podpisy hausmalerów są niesłychanie rzadko spotykane.
Czasami byli to skromni, nisko opłacani robotnicy fabryczni lub wędrowni artyści. Były to także rozwinięte warsztaty skupiające malarzy firmowane jednym nazwiskiem.
W wielu manufakturach niemieckich czy pracowniach malarskich XVIII wieku artyści, którzy tworzyli zdobienia, najczęściej musieli pozostać anonimowi. Taka była polityka tych przedsiębiorstw. Niektórzy z malarzy pomimo zakazu podpisywania dekoracji, łamali te zasady, umieszczając niewielkie, czasem dislownie mikro podpisy.
Tego typu zjawisko było spotykane np w Książęcej Manufakturze w Ludwigsburgu.
Większość z nas kojarzy zapewne charakterystyczne zdobienia naszkliwne przykrywające kobaltowe wzory pod szkliwem. To cecha charakterystyczna warsztatu F. J. Fernera. Nie bez powodu piszę jedynie inicjałami. Ferner jest jednym z najbardziej znanych, choć jednocześnie stosunkowo słabo udokumentowanych malarzy zewnętrznych. Informacje o jego życiu są bardzo ograniczone – znane są jedynie pojedyncze obiekty sygnowane jego nazwiskiem lub inicjałami.
Najbardziej charakterystyczną cechą warsztatu Fernera była naddekoracja porcelany miśnieńskiej, często wykonywana na wyrobach z już istniejącą dekoracją podszkliwną w kobalcie. Artysta oraz jego współpracownicy wykorzystywali ograniczoną paletę barw, w której dominowały żelazowa czerwień, przytłumione zielenie, żółcie, brązy, złocenia.
Kompozycje dekoracyjne często obejmowały niewielkie sceny figuralne, ptaki, elementy architektury (charakterystyczne domostwa) oraz motywy roślinne.
Ferner posiadał również naśladowców w XVIII i XIX wieku i równolegle pracujące mniejsze warsztaty, dekorujące naczynia zdobione wcześniej kobaltem pod szkliwem. Dekoracja naszkliwna podnosiła wartość handlową naczyń, a od lat 30-tych XVIII w. Miśnia ograniczyła sprzedaż naczyń bez zdobień. Zdobione kobaltem były nieco droższe, ale dostępne na ówczesnym rynku.
Przypisywanie zdobień ze 100% pewnością warsztatowi Fernera, bez dokładnych badań metodą XRF (badania wieku farb emailowych i złoceń), , analizy ewentualnych podpisów, charakterystycznych cech zdobień, jest czasem zbyt ryzykowne.
Cukiernica, która kryje w sobie być może jeszcze nieodkrytą zagadkę i która trafiła do mojej kolekcji, jest kolejnym zakochaniem od pierwszego wejrzenia.
Prawdopodobnie powstała w warsztacie Fernera, nosi cechy charakterystyczne przypisywane jemu warsztatowi. Niektóre przekazy historyczne mówią, że prowadził on jedną lub więcej pracowni malarzy, pracujących pod jego marką.
Jeden z tych malarzy chciał zostać zapamiętany, mieszając mikroskopijny podpis na załamaniu fałd ubrania na łokciu, które w powiększeniu naje wyraźny inicjał „R N” lub „K N” przy czym możliwe, że „N” powinniśmy odczytać jako „Z” (?).
Pytanie czy mała jedynka „1” pomiędzy literami, nie powinna być odczytana jako „F” (?).
Powstaje myśl – jakaś to była precyzja i jaka determinacja, by na tak niewielkim fragmencie dekoracji móc umieścić ten mały podpis.
Drodzy miłośnicy porcelany. Obserwujcie swoje obiekty. Przyglądajcie się im pod lupą bo może się czasem okazać, że kryją w sobie coś więcej, niż tylko piękno.
W literaturze badającej porcelanę z innej osiemnastowiecznej manufaktury porcelany spotkałam teorię, która nie zawsze identyfikuje podpisy jako pierwsze litery imion i nazwisk, a litery występujące w nazwisku. Tak bardzo chciano zakamuflować pochodzenie autorstwa.
Ta hipoteza może pozwalać przypuszczać , że na zdjęciu „F, N, R” to podpis samego Fernera. Mistrz pozostawił jedno udokumentowane oznaczenie na innym naczyniu poprzez samą literę „F”.
Nadal to jednak jest przypuszczenie.
Jest to tylko teoria, ale przenosi mnie to dziś na etap kolejnych poszukiwań.
….i to jest właśnie ta miłość od pierwszego wejrzenia.
to uczucie, które nie pozwala odpocząć,
zmusza do odkrywania
i dzielenia się.
…a przecież wszyscy wiemy, że to czym się dzielimy
się pomnaża.






